iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Żłobek po duńsku

 

Moi znajomi w Polsce, często zastanawiali się, jak to jest możliwe, że w czasie, gdy moje dziecko miało półtora roku, oboje z mężem byliśmy w stanie równocześnie studiować i pracować, nie mając do dyspozycji żadnej pomocy ze strony rodziny. No cóż, to proste – mieszkamy w Danii.
 
Już kilka razy przymierzałam się, żeby opisać system opieki na dziećmi w Danii, bo jest on bardzo interesująco i w miarę efektywnie zorganizowany, (choć jeżeli tą samą miarę przyłożymy do Polskich żłobków, to można stwierdzić, że jest on wręcz rewelacyjny).  Ostatecznym bodźcem, stał się dzisiejszy przegląd prasy, w którym przedstawiono postęp w pracy polskiego rządu, nad ustawą dotyczącą opieki nad dziećmi w wieku 0-3 lata. Zapewne wiecie, jaki to postęp, ale niech formalności stanie się zadość – żaden.
 
Zawsze to wiedziałam, ale teraz uderzyło mnie to z cała siłą - gdybym mieszkała w Polsce, w życiu nie udałoby mi się kontynuować studiów dziennych i pracować. Moje kariera edukacyjna zakończyłaby się zapewne na odebraniu w 8 miesiącu ciąży, dyplomu inżyniera, (który obroniłam, wyglądając jak omyłkowo przetransportowana z Zoo na Uniwersytet słonica), a potem wylądowałabym na długim bezrobociu, opiekując się przez następne 3 lata dzieckiem.
 
Przyjrzyjmy się więc Danii. Przede wszystkim, każdy rodzic, który posiada, co najmniej półroczne dziecko ma prawo ubiegać się dla niego o miejsce w żłobku. Wystarczy zgłosić się do Kommune w swoim mieście i wypełnić odpowiedni formularz. Do każdej rodziny przydzielona zostaje osoba, która od tej pory odpowiada za zgłoszenie i szuka miejsca dla malucha. Zgłaszając dziecko, mamy do wyboru trzy rozwiązania: vuggestue (normalny żłobek), bornehuset (jednostkę zintegrowana, gdzie mieści się i żłobek i przedszkole) i dagpleje (domowy żłobek w miejscu zamieszkania opiekunki, gdzie maksymalnie może przebywać 5 dzieci). Rodzice wybierają przy zgłoszeniu preferowane przez siebie instytucje, zazwyczaj blisko domu lub pracy, (przykładowo, na mojej liście numerem jeden była instytucja zintegrowana, do której miałam 5 minut spacerem, a na drugim, jakiekolwiek dagpleje w mojej dzielnicy), podają datę, począwszy, od której chcieliby, aby dziecko zaczęło uczęszczać do placówki i to właściwie wszystko. Pozostaje czekanie na wiadomość od swojej osoby prowadzącej; można też sprawdzać swoje miejsce na liście oczekujących, używając strony internetowej Kommune i logując się na swój profil.
 
Tutaj pierwsze uwagi: Oczywiście nie jest tak „pachnąco i różowo”, jak mogłoby się zdawać. Po pierwsze, aby dostać miejsce w konkretnej instytucji, którą wybrało się z sobie znanych względów (bliskość domu, dobra renoma placówki), dziecko trzeba zgłosić na listę oczekujących zaraz po urodzeniu (wiele rodzin zgłasza się do Kommune, kiedy mama jest jeszcze w zaawansowanej ciąży), a i tak nie ma gwarancji, że dostanie się swoje wymarzone miejsce. Dodatkowo, dzieci często spychane są na dół listy oczekujących, przez te, których rodzice zaznaczyli klauzulę pasningsgaranti (o tym zaraz), tak więc jednego dnia maluch może być drugi na liście oczekujących, a już następnego – piąty.
 
Opiszę proces na swoim przykładzie: O systemie żłobków poinformowała mnie pielęgniarka środowiskowa (w Danii pielęgniarka odwiedza dom, w którym urodziło się dziecko, średnio pięć do sześciu razy, w okresie pierwszego roku od narodzin). Zaproponowała nam zgłoszenie się na listę, kiedy moje dziecko miało 11 miesięcy (w niektórych przypadkach, pielęgniarki, które obserwują, że w domu nie ma – mówiąc elegancko – stymulujących warunków do rozwoju, proponują rodzicom żłobek od 6 miesiąca życia dziecka). Do Kommune zgłosiłam się, kiedy moja córka miała trochę ponad roczek. Wypełniłam formularz, wybrałam preferowane placówki (tutaj kierowałam się bliskością miejsca od naszego domu) i wybrałam datę rozpoczęcia żłobka na 30 września. Zapytano mnie czy chcę zaznaczyć klauzulę pasningsgaranti – wtedy Kommune gwarantuje, że dziecko dostanie przydział w przeciągu miesiąca, ale będzie to jakikolwiek żłobek, który ma wolne miejsce, (czyli nawet taki, który znajduje się na końcu miasta). Zrezygnowaliśmy z tej opcji, w myśl zasady (a może pobożnego życzenia), że na pewno się doczekamy. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że większość rodziców zapisuje dzieci na listy tuż po urodzeniu.
 
Do grudnia moje dziecko mozolnie pięło się na liście oczekujących, aż w końcu, w jednym miejscu, wdrapało się na pierwszą pozycję. I wtedy nastąpił zwrot akcji, godny Alfreda Hitchcocka, bo następnego dnia, moja pociecha znalazła się w tajemniczy sposób na pozycji dziewiątej. Kiedy zaszłam do Kommune, wytłumaczono mi, że doszło do jakichś korekt i wszystkie dzieci bez pasningsgaranti wylądowały na dole wszystkich list. Uznaliśmy z mężem, że żarty się skończyły, nie dawaliśmy już powoli rady opiekować się dzieckiem i ciągnąć studia wraz z pracą (szczególnie mąż, gdyż pracował w nocy, a następnie od rana zajmował się córką, bo ja pracowałam w dzień), więc poprosiliśmy o pasningsgaranti.
 
Wtedy nareszcie skontaktowała się z nami nasza osoba prowadząca, (która wcześniej była tylko imieniem i nazwiskiem na dokumentach) i powiedziała, że jest szansa, iż uda jej się umieścić moje dziecko w nowo otwartym dagpleje na naszym osiedlu. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy list z ofertą i informację, że musimy się zdecydować w przeciągu dwóch tygodni, czy „bierzemy” to miejsce. Mieliśmy oczywiście prawo (a nawet obowiązek) odwiedzić dagpleje i porozmawiać z opiekunką, – jeśli cokolwiek by się nam nie spodobało, mogliśmy zrezygnować i czekać na kolejną ofertę, która miałaby w takim przypadku, przyjść za kolejny miesiąc.
 
Umówiliśmy się z opiekunką i familijnie wybraliśmy się na „rozpoznanie terenu”. W Danii, osoba otwierająca dagpleje musi spełniać kilka warunków: musi mieć wystarczająco duży dom, by zapewnić dzieciom jeden osobny pokój tylko do ich dyspozycji i powinna mieć mały ogródek, aby dzieci miały miejsce na drzemki (w Danii, czy to zima, czy to lato, dzieci zawsze śpią w wózkach na podwórku). Opiekunka może być z wykształcenia pedagogiem albo pielęgniarką, ale nie musi. Z pewnością przechodzi różne testy zanim zostaje zatrudniona, ale o tym akurat nie mam szczegółowej wiedzy. Jest systematycznie kontrolowana przez pedagoga z Kommune, który składa jej wizyty podczas godzin pracy. Wszystkie zabawki i inne sprzęty oraz pomoce (jak małe zjeżdżalnie, rowerki, a także bloki do rysowania, kredki), a także pieniądze na jedzenie dla dzieci, (które ma być w założeniu, najwyższej jakości - preferowana jest żywność ekologiczna) zapewnia Kommune.
 
Tak się złożyło, że zaproponowana nam opiekunka, była z wykształcenia pedagogiem dziecięcym (podobnie zresztą jej mąż) i wcześniej pracowała w żłobku. Kiedy jednak urodziła swoje własne dziecko, uznała, że otworzy dagpleje, i przy okazji opieki nad własnym synem, zajmie się też innymi dziećmi (na marginesie, jest to świetny sposób na zawodowe reaktywowanie młodych mam, które profesjonalnie zajmują się maluchami). W jej małym żłobku miało być łącznie 4 dzieci – moja półtoraroczna już wtedy córka i trzech chłopców w wieku 11, 9 i 8 miesięcy (najstarszy był jej synem). Jej dom nie był duży, ale czysty i przytulny, miała też ogromny ogród, w którym dzieci mogły się swobodnie bawić. Przypadła nam również do gustu, jako osoba, więc nie myśląc długo, zdecydowaliśmy się na oferowane nam miejsce.
 
Na początku moja córka miała bardzo duże problemy z przystosowaniem się do nowych warunków - do zwykłego, dziecięcego strachu przed nieznanym, dochodziła bariera językowa (dziecko, do tamtego czasu, nie miało prawie żadnej styczności z duńskim). Oczywiście, na początku mogliśmy zostawać w dagpleje razem z nią, później przyprowadzaliśmy ją na trzy – cztery godziny, ale to nie zmieniało faktu, że było ciężko. W tamtym okresie, nasza opiekunka bardzo mi zaimponowała, bo wyrażała prawdziwą troskę o moje dziecko, zastanawiała się, jak ułatwić jej adaptacje, organizowała spotkania z pedagogiem… na szczęście, po jakimś czasie wszystko się unormowało, a moja córka, mimo, że już od ponad pół roku chodzi do przedszkola, nadal „kocha swoja opiekunkę” (cytat), tęskni za dziećmi i za dagpleje.
 
Osobiście, bardzo sobie chwalę rozwiązanie, jakim jest dagpleje i cieszę się, że w Polsce krąży pomysł, aby taką opcję wprowadzić. Oczywiście nie jest to rozwiązanie idealne – po pierwsze, zawsze jest ryzyko, że trafi się na nieodpowiednią opiekunkę. Po drugie, – kiedy tak osoba jest chora, to żłobek jest zwyczajnie zamknięty (w Danii ten problem rozwiązywany jest tak: każde dagpleje jest członkiem większej grupy domowych żłobków. Taką grupą zarządza pedagog, który poza sprawowaniem kontroli i opieki nad żłobkami, wyszukuje także w ramach swojej grupy, zastępstwa dla dzieci, których opiekunka jest chora. Niestety, telefon o tym, że dagpleje jest nieczynne, otrzymuje się zazwyczaj o 6.00. rano – pedagog pyta, czy dziecko zostanie na ten dzień w domu, czy potrzebuje zastępstwa. Jeśli potrzebne jest miejsce, oddzwania po kilku minutach z nazwiskiem i adresem zastępczyni. Jest to jednak dość stresujące, zarówno dla rodziców, którzy muszą zorientować się, gdzie jest owo miejsce i zawieść tam dziecko, a także dla malucha, który może się zwyczajnie bać i stawiać opór. Na szczęście, dwa razy w miesiącu, wszystkie żłobki z danej grupy (jest ich od 8 do 10), spotykają się na cały dzień i dzieci mogą, chociaż z widzenia poznać „potencjalne zastępczynie”).  Mimo wszystko, dagpleje ma wiele zalet, a dwie najważniejsze to: stwarza, podobne do domowych, a mimo to zewnętrzne, warunki do opieki nad dzieckiem, a także kreuje nowe miejsca pracy, w tym dla kobiet, które same niedawno zostały mami i chcą opiekować się swoim dzieckiem, a równocześnie pracować.
 
Właśnie przeczytałam sobie jeszcze raz ostatnie zdanie. Niesamowite, nieprawdaż?
Komentarze (3)
Akcja społeczna po polsku

Komentarze

2010-10-07 20:23:54 | 77.215.65.* | mama wiadomo kto :D
Re: Żłobek po duńsku [0]
Ehh w Danii system jest naprawde niezle zorganizowany, przyznaje.
Wsparcie dla mlodych rodzin jest na dobrym poziomie i rzeczywiscie
ulatwia zycie. Ale ja majac 1,5 roczne dziecko w Poslce pracowalam na
caly etat i studiowalam zaocznie. Mialam co prawda do dyspozycji pomoc
rodziny (a zaraz duzo dodatkowych obowiazkow), ale bez niej tez bysmy
dali rade- po prostu byloby bardzo ciezko. Wiele naprawde zalezy od tego
jaka sie ma prace, a w Danii rowniez mozna miec taka prace, w ktorej
pracuje sie do pozna, a zlobki otwarte do 17 30. skomentuj
2010-09-03 19:18:09 | 213.140.86.* | Ka-trine
Re: Żłobek po duńsku [1]
Pięknie opisane,ale w niektórych momentach aż zbyt różowo to brzmi..
Zwłaszcza z tym ekologicznym jedzeniem.. widziałam jakie jedzenie
dostają dzieci i są to zwykłe produkty ze sklepu, takie których ja nawet
do domu nie kupuję. No ale może nie wszędzie tak jest...
Ja na początku byłam zachwycona instytucją dagpleje, jednak po czasie
trochę ochłonęłam.
Dla mnie największym minusem jest to, gdy niania jest chora i dziecko
musi iść do innej opiekunki..
Z tego właśnie powodu wolałabym posłać swoje dziecko do vuggestue,
jednak w naszej okolicy takowego nie ma... skomentuj
2014-08-17 12:50:33 | 91.144.206.* | Mama rocznego maluch
Zgadzam się że wcale nie jest tak kolorowo jak to jest opisane.Razowy
chleb do jedzenia,surowe ogórki zielone ze skórą i do tego woda do
picia-to raczej nie jest normalne.Spanie w zimie na dworzu to już
absurd.Mieszkałam niedaleko takiego ośrodka to wiem jak to
wygląda,nie wspomnę już o wyprowadzaniu dzieci w deszcz czy silny
mróz na dwór gdzie "gluba pod pas"Takie są realia,ludzie otrząśnijcie
się bo widzę że co niektórzy zachłysnęli się tą Danią jakby to był
raj na ziemi:( skomentuj