iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Żłobek po duńsku

 

Moi znajomi w Polsce, często zastanawiali się, jak to jest możliwe, że w czasie, gdy moje dziecko miało półtora roku, oboje z mężem byliśmy w stanie równocześnie studiować i pracować, nie mając do dyspozycji żadnej pomocy ze strony rodziny. No cóż, to proste – mieszkamy w Danii.
 
Już kilka razy przymierzałam się, żeby opisać system opieki na dziećmi w Danii, bo jest on bardzo interesująco i w miarę efektywnie zorganizowany, (choć jeżeli tą samą miarę przyłożymy do Polskich żłobków, to można stwierdzić, że jest on wręcz rewelacyjny).  Ostatecznym bodźcem, stał się dzisiejszy przegląd prasy, w którym przedstawiono postęp w pracy polskiego rządu, nad ustawą dotyczącą opieki nad dziećmi w wieku 0-3 lata. Zapewne wiecie, jaki to postęp, ale niech formalności stanie się zadość – żaden.
 
Zawsze to wiedziałam, ale teraz uderzyło mnie to z cała siłą - gdybym mieszkała w Polsce, w życiu nie udałoby mi się kontynuować studiów dziennych i pracować. Moje kariera edukacyjna zakończyłaby się zapewne na odebraniu w 8 miesiącu ciąży, dyplomu inżyniera, (który obroniłam, wyglądając jak omyłkowo przetransportowana z Zoo na Uniwersytet słonica), a potem wylądowałabym na długim bezrobociu, opiekując się przez następne 3 lata dzieckiem.
 
Przyjrzyjmy się więc Danii. Przede wszystkim, każdy rodzic, który posiada, co najmniej półroczne dziecko ma prawo ubiegać się dla niego o miejsce w żłobku. Wystarczy zgłosić się do Kommune w swoim mieście i wypełnić odpowiedni formularz. Do każdej rodziny przydzielona zostaje osoba, która od tej pory odpowiada za zgłoszenie i szuka miejsca dla malucha. Zgłaszając dziecko, mamy do wyboru trzy rozwiązania: vuggestue (normalny żłobek), bornehuset (jednostkę zintegrowana, gdzie mieści się i żłobek i przedszkole) i dagpleje (domowy żłobek w miejscu zamieszkania opiekunki, gdzie maksymalnie może przebywać 5 dzieci). Rodzice wybierają przy zgłoszeniu preferowane przez siebie instytucje, zazwyczaj blisko domu lub pracy, (przykładowo, na mojej liście numerem jeden była instytucja zintegrowana, do której miałam 5 minut spacerem, a na drugim, jakiekolwiek dagpleje w mojej dzielnicy), podają datę, począwszy, od której chcieliby, aby dziecko zaczęło uczęszczać do placówki i to właściwie wszystko. Pozostaje czekanie na wiadomość od swojej osoby prowadzącej; można też sprawdzać swoje miejsce na liście oczekujących, używając strony internetowej Kommune i logując się na swój profil.
 
Tutaj pierwsze uwagi: Oczywiście nie jest tak „pachnąco i różowo”, jak mogłoby się zdawać. Po pierwsze, aby dostać miejsce w konkretnej instytucji, którą wybrało się z sobie znanych względów (bliskość domu, dobra renoma placówki), dziecko trzeba zgłosić na listę oczekujących zaraz po urodzeniu (wiele rodzin zgłasza się do Kommune, kiedy mama jest jeszcze w zaawansowanej ciąży), a i tak nie ma gwarancji, że dostanie się swoje wymarzone miejsce. Dodatkowo, dzieci często spychane są na dół listy oczekujących, przez te, których rodzice zaznaczyli klauzulę pasningsgaranti (o tym zaraz), tak więc jednego dnia maluch może być drugi na liście oczekujących, a już następnego – piąty.
 
Opiszę proces na swoim przykładzie: O systemie żłobków poinformowała mnie pielęgniarka środowiskowa (w Danii pielęgniarka odwiedza dom, w którym urodziło się dziecko, średnio pięć do sześciu razy, w okresie pierwszego roku od narodzin). Zaproponowała nam zgłoszenie się na listę, kiedy moje dziecko miało 11 miesięcy (w niektórych przypadkach, pielęgniarki, które obserwują, że w domu nie ma – mówiąc elegancko – stymulujących warunków do rozwoju, proponują rodzicom żłobek od 6 miesiąca życia dziecka). Do Kommune zgłosiłam się, kiedy moja córka miała trochę ponad roczek. Wypełniłam formularz, wybrałam preferowane placówki (tutaj kierowałam się bliskością miejsca od naszego domu) i wybrałam datę rozpoczęcia żłobka na 30 września. Zapytano mnie czy chcę zaznaczyć klauzulę pasningsgaranti – wtedy Kommune gwarantuje, że dziecko dostanie przydział w przeciągu miesiąca, ale będzie to jakikolwiek żłobek, który ma wolne miejsce, (czyli nawet taki, który znajduje się na końcu miasta). Zrezygnowaliśmy z tej opcji, w myśl zasady (a może pobożnego życzenia), że na pewno się doczekamy. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że większość rodziców zapisuje dzieci na listy tuż po urodzeniu.
 
Do grudnia moje dziecko mozolnie pięło się na liście oczekujących, aż w końcu, w jednym miejscu, wdrapało się na pierwszą pozycję. I wtedy nastąpił zwrot akcji, godny Alfreda Hitchcocka, bo następnego dnia, moja pociecha znalazła się w tajemniczy sposób na pozycji dziewiątej. Kiedy zaszłam do Kommune, wytłumaczono mi, że doszło do jakichś korekt i wszystkie dzieci bez pasningsgaranti wylądowały na dole wszystkich list. Uznaliśmy z mężem, że żarty się skończyły, nie dawaliśmy już powoli rady opiekować się dzieckiem i ciągnąć studia wraz z pracą (szczególnie mąż, gdyż pracował w nocy, a następnie od rana zajmował się córką, bo ja pracowałam w dzień), więc poprosiliśmy o pasningsgaranti.
 
Wtedy nareszcie skontaktowała się z nami nasza osoba prowadząca, (która wcześniej była tylko imieniem i nazwiskiem na dokumentach) i powiedziała, że jest szansa, iż uda jej się umieścić moje dziecko w nowo otwartym dagpleje na naszym osiedlu. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy list z ofertą i informację, że musimy się zdecydować w przeciągu dwóch tygodni, czy „bierzemy” to miejsce. Mieliśmy oczywiście prawo (a nawet obowiązek) odwiedzić dagpleje i porozmawiać z opiekunką, – jeśli cokolwiek by się nam nie spodobało, mogliśmy zrezygnować i czekać na kolejną ofertę, która miałaby w takim przypadku, przyjść za kolejny miesiąc.
 
Umówiliśmy się z opiekunką i familijnie wybraliśmy się na „rozpoznanie terenu”. W Danii, osoba otwierająca dagpleje musi spełniać kilka warunków: musi mieć wystarczająco duży dom, by zapewnić dzieciom jeden osobny pokój tylko do ich dyspozycji i powinna mieć mały ogródek, aby dzieci miały miejsce na drzemki (w Danii, czy to zima, czy to lato, dzieci zawsze śpią w wózkach na podwórku). Opiekunka może być z wykształcenia pedagogiem albo pielęgniarką, ale nie musi. Z pewnością przechodzi różne testy zanim zostaje zatrudniona, ale o tym akurat nie mam szczegółowej wiedzy. Jest systematycznie kontrolowana przez pedagoga z Kommune, który składa jej wizyty podczas godzin pracy. Wszystkie zabawki i inne sprzęty oraz pomoce (jak małe zjeżdżalnie, rowerki, a także bloki do rysowania, kredki), a także pieniądze na jedzenie dla dzieci, (które ma być w założeniu, najwyższej jakości - preferowana jest żywność ekologiczna) zapewnia Kommune.
 
Tak się złożyło, że zaproponowana nam opiekunka, była z wykształcenia pedagogiem dziecięcym (podobnie zresztą jej mąż) i wcześniej pracowała w żłobku. Kiedy jednak urodziła swoje własne dziecko, uznała, że otworzy dagpleje, i przy okazji opieki nad własnym synem, zajmie się też innymi dziećmi (na marginesie, jest to świetny sposób na zawodowe reaktywowanie młodych mam, które profesjonalnie zajmują się maluchami). W jej małym żłobku miało być łącznie 4 dzieci – moja półtoraroczna już wtedy córka i trzech chłopców w wieku 11, 9 i 8 miesięcy (najstarszy był jej synem). Jej dom nie był duży, ale czysty i przytulny, miała też ogromny ogród, w którym dzieci mogły się swobodnie bawić. Przypadła nam również do gustu, jako osoba, więc nie myśląc długo, zdecydowaliśmy się na oferowane nam miejsce.
 
Na początku moja córka miała bardzo duże problemy z przystosowaniem się do nowych warunków - do zwykłego, dziecięcego strachu przed nieznanym, dochodziła bariera językowa (dziecko, do tamtego czasu, nie miało prawie żadnej styczności z duńskim). Oczywiście, na początku mogliśmy zostawać w dagpleje razem z nią, później przyprowadzaliśmy ją na trzy – cztery godziny, ale to nie zmieniało faktu, że było ciężko. W tamtym okresie, nasza opiekunka bardzo mi zaimponowała, bo wyrażała prawdziwą troskę o moje dziecko, zastanawiała się, jak ułatwić jej adaptacje, organizowała spotkania z pedagogiem… na szczęście, po jakimś czasie wszystko się unormowało, a moja córka, mimo, że już od ponad pół roku chodzi do przedszkola, nadal „kocha swoja opiekunkę” (cytat), tęskni za dziećmi i za dagpleje.
 
Osobiście, bardzo sobie chwalę rozwiązanie, jakim jest dagpleje i cieszę się, że w Polsce krąży pomysł, aby taką opcję wprowadzić. Oczywiście nie jest to rozwiązanie idealne – po pierwsze, zawsze jest ryzyko, że trafi się na nieodpowiednią opiekunkę. Po drugie, – kiedy tak osoba jest chora, to żłobek jest zwyczajnie zamknięty (w Danii ten problem rozwiązywany jest tak: każde dagpleje jest członkiem większej grupy domowych żłobków. Taką grupą zarządza pedagog, który poza sprawowaniem kontroli i opieki nad żłobkami, wyszukuje także w ramach swojej grupy, zastępstwa dla dzieci, których opiekunka jest chora. Niestety, telefon o tym, że dagpleje jest nieczynne, otrzymuje się zazwyczaj o 6.00. rano – pedagog pyta, czy dziecko zostanie na ten dzień w domu, czy potrzebuje zastępstwa. Jeśli potrzebne jest miejsce, oddzwania po kilku minutach z nazwiskiem i adresem zastępczyni. Jest to jednak dość stresujące, zarówno dla rodziców, którzy muszą zorientować się, gdzie jest owo miejsce i zawieść tam dziecko, a także dla malucha, który może się zwyczajnie bać i stawiać opór. Na szczęście, dwa razy w miesiącu, wszystkie żłobki z danej grupy (jest ich od 8 do 10), spotykają się na cały dzień i dzieci mogą, chociaż z widzenia poznać „potencjalne zastępczynie”).  Mimo wszystko, dagpleje ma wiele zalet, a dwie najważniejsze to: stwarza, podobne do domowych, a mimo to zewnętrzne, warunki do opieki nad dzieckiem, a także kreuje nowe miejsca pracy, w tym dla kobiet, które same niedawno zostały mami i chcą opiekować się swoim dzieckiem, a równocześnie pracować.
 
Właśnie przeczytałam sobie jeszcze raz ostatnie zdanie. Niesamowite, nieprawdaż?
Komentarze (3)
Akcja społeczna po polsku

Akcje społeczne w Polsce są niezwykle skuteczne. W wywoływaniu skandali.

 
Nie tak dawno czytałam o pojedynku na plakaty, przeprowadzonym pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami aborcji. Cóż za inwencja! I ten Pazur! Ciężko odmówić obu akcjom jakiegoś tam poziomu kreatywności, niestety ta kreatywność została wzniecona tylko w jednym celu, – aby zaszokować. Bo chyba żadna ze stron na serio się nie spodziewała, że zmieni czyjeś zdanie, takim właśnie przekazem.
 
Aborcyjny dialog, stoi w naszym kraju na żenująco niskim poziome, i w podtrzymywaniu takiej niemal rynsztokowej maniery, aktywnie partycypują obie barykady - zarówno feministki jak, i organizacje profile. Tu nie chodzi o przekonywanie, argumentowanie czy uświadamianie, celem (samym w sobie) jest szok, medialna wrzawa i „żeby wszyscy o nas mówili”. A przecież w tak delikatnej materii, – bo jest to, wbrew wrażeniu, jakie można odnieść, problem bardzo osobisty – trzeba zachować jakiś umiar. W Polsce (jak i wszędzie na świecie), debata w sprawie aborcji powinna być przede wszystkim wyważona, i cechująca się wysokim stopniem wyrozumiałości dla obu stron. Bo tak naprawdę, kiedy gasną medialne reflektory, służby porządkowe zrywają z przystanków plakaty, a krzykacze idą spać, na „arenie” sporu zostaje samotna kobieta z problemem, której nikt tak naprawdę w niczym nie pomógł.
 
Moim zdaniem, źródło konfliktu tkwi w postrzeganiu aborcji. Dla jednych jest to zabicie dziecka, dla innych – pozbycie się dodatkowej tkanki z macicy. Są jeszcze ludzie „po środku”, dla których nie jest to kwestia tak jednoznaczna, i to oni mają zazwyczaj największy problem z określeniem swojego zdania. Jakikolwiek jednak mamy stosunek do przerwania ciąży, to on właśnie determinuje nasz pogląd. A łatwiej jest wdrapać się na Mount Everest, niż zmienić swoje podstawowe przekonania dotyczące życia i śmierci. Dlatego dyskusja powinna opierać się na opracowywaniu kompromisów, a nie na obrzucaniu się obelgami i licytowaniu, na bardziej szokujące kampanie.
 
Hitler kontra Modelka
 
Wrócimy jeszcze na chwilę do plakatów. Jedna strona sporu, zaadoptowała do swoich celów samego Adolfa Hitlera, druga – amerykańską modelkę, rosyjskiego pochodzenia – Nataszę Galinkę. Kiedy Hitler na plakacie „profile-owym” wydaje mi się pomysłem kompletnie nietrafionym i niesmacznym, to plakat „Mój wybór” anonimowej organizacji SROM, poza tym, że sprowadza wielki dylemat kobiety do transakcji handlowej, i inicjuje debaty pomiędzy politykami w Wielkiej Brytanii (i to raczej na niekorzyść Polek), to jest dodatkowo naruszeniem prawa autorskiego. Nikt tego chyba jeszcze w Polsce nie zauważył, ale zdjęcie użyte przez SROM, jest fotografią zrobioną podczas siódmego cyklu konkursu America’s Next Top Model. Dla osób niezorientowanych – ANTM to bijący rekordy popularności w Stanach, reality show, stworzony przez modelkę Tyrę Banks (teraz coś, podobnego produkuje się w naszym kraju pod nazwą Modelki). Natasha Galinka, – bo to ona jest dziewczyną ze zdjęcia „Mój Wybór” – zajęła w siódmy sezonie drugie miejsce w konkursie, a wykorzystane przez SROM zdjęcie, było zrobione podczas jego pierwszych tygodni.
 
Nie wiem, kto dokładnie jest właścicielem tego zdjęcia – Natasha Galinka, Tyra Banks, fotograf, czy producent programu–, ale wydaje mi się mało prawdopodobnym, że panie ze SROMu skontaktowały się z kimkolwiek z ANTM i poprosiły o użycie go w swojej kampanii. Oczywiście, jeżeli tak było, to uroczyście z góry przepraszam, niestety mam dziwne wrażenie, że SROM prędzej by wykorzystał wyrażenie zgodny, na użycie wizerunku modelki America’s Next Top Model, jako dodatkowy atut kampanii, niż to zataił.
 
Kradzież własności intelektualnej, jest w Polsce bardzo powszechna. Kradniemy, ściągając nielegalne pliki z sieci, słuchając pirackiej muzyki, a nawet umieszczając czyjeś zdjęcia na swoim prywatnym blogu, bez zgodny ich autora. Z reguły, przymykamy na to oko, choć jest w sieci kilku „bojowników o prawo własności”, którzy wytykają różnym portalom i serwisom, gdy ich użytkownicy „kradną” fotografie do swoich wpisów czy artykułów. Ja sama, kiedy zostałam uświadomiona, że wklejając do tekstu „fajne zdjęcie z sieci”, popełniam przestępstwo, zaczęłam wyszukiwać obrazków z licencją Creative Commons. Nie stałam się przez to jakimś wielkim nawoływaczem do przestrzegania licencji własności, ale kiedy widzę oficjalną kampanię społeczną, która najprawdopodobniej jest firmowana skradzionym zdjęciem, to coś mi tutaj „bardzo zgrzyta”.
 
Sama wiem, jak to jest, kiedy ktoś wykorzystuje twoje słowa w zupełnie innym celu, niż ten, w jakim zostały wypowiedziane. Bardzo nieprzyjemne uczucie, zapewniam. Dlatego, jeżeli już chcemy zorganizować wielką akcję społeczną na bardzo kontrowersyjny temat, to chociaż postarajmy się, aby osoby, których wizerunek do niej wykorzystujemy, wyraziły na to zgodę.
Komentarze (4)
Dlaczego mężczyźni lubią polować?

Właśnie skończyłam lekturę powieści Doris Lessing „Szczelina” – książki o alternatywnym początku ludzkości, gdzie pierwszymi Adamami były kobiety (zainteresowanych książką, odsyłam do mojej recenzji historiajednejksiazki.wordpress.com/2010/03/18/na-poczatku-byla-kobieta%e2%80%a6-%e2%80%9eszczelina%e2%80%9d-doris-lessing/). Przeczytałam tą pozycję z niezwykłym zainteresowaniem, szczególnie, że jakiś czas temu, sama popuściłam wodze fantazji i spisałam swoją własną, zaledwie kilku-akapitową historię początków ludzkości, zatytułowaną:, „Dlaczego mężczyźni lubią polować?”

Kiedyś w pracy dowiedziałam się, że wielu spośród moich męskich współpracowników, uwielbia polowania.
 
Nie wiedzieć czemu, wydawało mi się wcześniej, że polowania to relikt z czasów komunistycznych, kiedy to panowie, zdesperowani widokiem pustych półek, sięgali po broń i wybierali się na poszukiwania pożywienia w lesie. Moją naiwną wizję, zmąciła po raz pierwszy, upiorna wystawka Wujka, który namiętnie wieszał na ścianie swojego salonu różniaste poroża. Z czasem, zauważyłam takie ekspozycje w domach innych koleżanek i dotarło do mnie, że mężczyźni czują coś na kształt dumy, oglądając wypchane głowy bogu ducha winnych jelonków, które kiedyś udało im się ustrzelić.
 
Poszłam na łatwiznę. Uznałam wtedy, że polowania to hybryda pomiędzy chęcią zaspokojenia instynktu zdobywcy, potrzebą udowadniania swojej męskości i sposobem na wyładowanie agresji. Dziś jednak, przypatrując się moim kolegom z pracy, którzy wydają się być bardzo spokojni (żeby nie powiedzieć lakoniczni) a z walecznymi Wikingami mają tylko wspólną przestrzeń życiową, zaczęłam ponownie zastanawiać się nad fenomenem polowania.
 
I oto co wymyśliłam:
 
Tysiące lat temu, kiedy na świecie panował pokój, a miłosierdzie było powszechne, kobiety były płcią dominujacą. Powodem ich supremacji, był fakt, iż w tamtych czasach cud poczęcia był przypisywany wyłącznie niewiastom – męzczyźni nie zdawali sobie sprawy z tego, iż to ich nasienie jest siłą sprawczą w procesie zapłodnienia.
Kobiety jawiły się wtedy, jako boginie, jedyne dawczynie życia. Ich boskość zdawała się potwierdzać długość cyklu miesiączkowego, który był równy obiegowi Księżyca wokół Ziemi. Były więc przedmiotem kultu i centralnymi postaciami w świecie ówczesnego człowieka.
 
Siłą rzeczy, dzieci traktowano jako cud i dobro wspólne. Wychowywane w czymś na wzór komuny, otrzymywały bezwarunkowa miłość i uwagę od wszystkich mieszkanców. Były to czasy powszechnej harmonii i ciągłego duchowego rozwoju. Czasy bez podziałów i kast. Czasy spokojności.
 
Wszystko zmieniło się wraz z powstaniem tzw. opozycji Testosa. Testos był młodym, niezwykle inteligentnym i sprytnym młodzieńcem, który z nieznanych ogółowi powodów, nie aprobował kobiecej dominacji. Uważał, że ideologia i polityka prowadzona przez kobiety, była przestarzała i ograniczona, a życie w wiecznej spokojności nudne i wsteczne. Marzyły mu się wyprawy, podboje, walka, a przede wszystkim postęp.
 
W tym miejscu, muszę wam wyjaśnić, iż w owych czasach tzw. “postęp” był pojęciem raczej abstrakcyjnym. Rządząca Rada Kobiet, wyznawała politykę “powszechnej harmonii” – nie tylko między ludźmi, ale także pomiędzy człowiekiem i Ziemią. Dlatego też wszystkie procesy i czynności, które mogłyby w jakikolwiek sposób zakłócić rytm natury, traktowane były jako bezbożne. Teston marzył z kolei o eksperymentach, badaniach, o budowaniu nowych rzeczy, nie występujących jako byty naturalne. Tak naprawdę jednak, Teston marzył o procesie tworzenia “nowego życia”, którego jako mężczyzna, nie mógł dostapić.
 
Testos wiedział, że w celu obalenia matriarchatu, nie może posłużyć się siłą. W ówczesnych czasch przemoc fizyczna była wszakże największą zbrodnią. Musiał więc posłużyć się czymś innym, czymś, co dałoby mu mocny argument przeciwko kobiecej supremacji.
Paradoksalnie, z pomocą Testonowi przyszła, tak pogardzana przez niego natura. Obserwując sezony godowe zwierząt, a także okresy kopulacji pomiędzy niektórymi mieszkańcami społeczności, mężczyzna wysunął śmiałą hipotezę na temat prawdziwego udziału mężczyzn w procesie kreacji życia. Ogłosił swoje teorie na jednym z comiesięcznych zebrań ludu (w tamtych czasach, każdy miał prawo wypowiadać się publicznie, bez względu na płeć, wiek czy stan posiadania) i oświadczył, iż to prawdopodobnie męska sperma (w tamtych czasach traktowana jako wynik systemu samooczyszczania się członka) jest ignitorem procesu zapłodnienia.
 
Mężczyźni wpadli w osłupienie. Kobiety z kolei, nie znające jeszcze w tamtych czasach intryg, spisków i manipulacji, z rozbrajającą szczerością, przyznały Testonowi rację. Potwierdziły też, że już od dawna znały właściwości męskiej spermy, ale uważały, że dopóki mężczyźni sami nie odkryją jej działania, nie będą ich o nim informować. Na brzmiące groźnie pytanie Testona, o powód zatajenia tego faktu, odparły, iż bały się, że ta wiedza mogłaby wpłynąć niekorzystnie na cała społeczność – mężczyźni mogliby – ze względu na słabiej rozwinięty instynkt ojcowski – zaniedbywać inne dzieci, niż te, które zostały spłodzone z ich własnego nasienia.
 
Społeczność zadrżała, niczym grunt podczas lekkiego trzęsienia ziemi. Zagubieni mężczyźni masowo odwiedziali Testona, pytając się, co własciwie oznacza ta nowo nabyta wiedza. W skutek męskich zebrań, narodziła się opozycja, której główni przedstawiciele już wkrótce wystąpili na następnym zgromadzeniu ludu o przyznanie równego dostępu do ośrodków władzy, dla obydwu płci. Rada Kobiet, nie przeczuwając nadchodzącej katastrofy, zgodziła się na to.
 
Już wkrótce, Teston i jego najbliżsi przyjaciele – Agres, Siłon i Egos – zaczęli forsować nowe rozporządzenia. Społeczeństwo komunalne zastąpiono nowoczesnym – nakazano mężczynom i kobietom formować się w stałe pary, zamieszkujące odzielne gospodarstwa i wychowujące tylko i wyłącznie swoje własne potomstwo. Kobiety próbowały protestować, twierdząc, że to zaburzy naturalną harmonię i wyzwoli negatywne emocje (których były świadome, gdyż za ich panowania, prowadzono badania na temat natury człowieka), jednak mężczyźni, których było w owych czasach trochę więcej, przegłosowywali ich weta. Podburzeni przez Testona, twierdzili, iż nie chcą pracować na rzecz cudzego potomstwa.
 
Kolejnym ważnym rozporządzeniem było wykluczenie kobiet z polowań. W tamtych czasach, społeczeństwo było zbieracko – myśliwskim, jednakże mężczyźni i kobiety, zajmowali się obiema aktywnościami wspólnie. Mimo, iż niewiasty były przeciętnie słabsze fizycznie niż panowie, to w skład grup łowieckich wchodzili najsprawniejsi mieszkańcy osady, bez względu na płeć (możemy mniemać iż występowała tu logika, że zdrowa dziewczyna była silniejsza niż chorowity chłopiec). Po rewolucji Testona, mężczyźni przekonali jednak kobiety, że to oni powinni zająć łowiectwem, gdyż tego wymaga nowa struktura społeczna. Wszakże, teraz niewiasty rodziły w ramach rodzin i śmierć matki, była stratą dla konkretnego dziecka, a nie dla całej społeczności, gdzie ktoś inny mógł przejąć opiekę nad jej potomstwem.
 
Jakież słodkie czasy nastały dla mężczyzn! Nie musieli dzielić się chwałą i szacunkiem z kobietami, kiedy przynosili do domu jedzenie. W końcu mieli własną niszę – na polowaniach mogli spędzać całe dnie, niekiedy obijając się nieco i debatując nad poszerzeniem nowo pozyskanej władzy. Tak właśnie powstały pierwsze “gentlemen’s clubs”, gdzie kobiety miały oficjalnie wstęp wzbroniony.
 
I wtedy stało się coś strasznego. Kobiety, pozostawione w domach z dziećmi, zdane na łaskę i nie-łaskę partnerów i “owoców ich pracy”, zaczęły same eksperymentować. Pracując w jeszcze działających, ale już nie tak renomowanych ośrodkach badawczych, rozpoczęły szereg projektów na temat właściwości ziemi, nasion i roślin. Po latach obserwacji, metodami “prób i błędów” odkryły pierwsze, podstawowe zasady rolnictwa. Gdy były już pewne co do wyników, z duma i drżącym sercem, ogłosiły swoje odkrycie na comiesięcznym zebraniu ludu. Nie wiedziały jednak, że ich podekscytowanie było zupełnie na wyrost.
 
Mężczyźni słuchając odczytu na temat rolnictwa, ponownie osłupieli. Tym razem jednak osłupieniu towarzyszyła złość. Zdawali sobie sprawę z tego, że jeżeli metody przedstawione przez kobiety, będą działać, ich wspaniałe polowania, a przede wszystkim ich świeżo wypracowana pozycja jako dostarczycieli pokarmu, zostaną na zawsze utracone. Postanowili do tego nie dopuścić.
 
Los, a może raczej natura, tak jak w czasach pierwszej opozycji Testona, znowu sprzyjała płci męskiej. Proste zasady rolnictwa, okazały się bardzo ciężkie w wykonaniu. Ciężkie fizycznie. Kobiety, które od dobrych kilku lat siedziały w domach i nie polowały, straciły kondycję. Nie były w stanie wytrzymać pracy na polu w takim zakresie, w jakim mógł ją wytrzymać mężczyzna. Stopniowo zaczęły być odsuwane od rolnictwa, a ich metody przejęli i z czasem znacznie udoskonalili mężczyźni. W zamian przydzielono im inne funkcje, z których najważniejsze było rodzenie dzieci. Mężczyźni, którzy serdecznie nienawidzili pracy na polu, ale wykonywali ją po to by utrzymać status żywiciela, zrozumieli, że więcej własnego potomstwa oznacza więcej rąk do roboty. Dlatego też, nie tylko zaczęło się rodzić o wiele więcej dzieci (we wcześniejszej strukturze społecznej, kobiety świadome swojego cyklu, były w stanie ograniczać ciąże poprzez stosowanie zasad naturalnej antykoncepcji), ale także zaczęto preferować chłopców (gdyż to oni głównie pracowali na roli).
 
Ziemię podzielono między osadnikami tak, że każdy miał swój własny kawałek. Ludzie zaczęli budować nowe chaty, by mieszkać blisko swoich upraw; skumulowana wcześniej w jednym rejonie osada, zaczęła się systematycznie rozpraszać. Powoli zanikały głębokie więzi pomiędzy ludźmi, zaczęły też wybuchać konflikty. Na comiesięczne zebrania ludu, zaczęli chodzić do centrum osady sami mężczyźni – kobiety musiały zostawać w domu z dziećmi. Po dwóch dekadach od wprowadzenia rolnictwa, nie posiadały już praktycznie żadnej znaczącej pozycji w społeczności. Odizolowane od siebie kilometrami pól i łąk, nie były w stanie się wspierać. To wtedy właśnie, mężczyźni zaczęli w zaciszu swojego domostwa, stosować pierwszą przemoc fizyczną.
 
Niektórym ziemia nie przynosiła plonów (wtedy jeszcze metody rozpoznawania żyznej ziemi były w powijakach), inni tracili zbiory przez szkodniki. Zaczęły się kradzieże, pożyczki i kredyty. Ludzie bez ziemi, porzucali swoje domostwa i szli pracować za miskę jadła do innych rodzin. Wkrótce nastał system feudalny.
 
I dlatego właśnie mężczyźni lubią polować – w ten sposób przenoszą się stanem ducha do słodkich czasów, gdzie już posiadali dominującą pozycję w społeczeństwie, ale jeszcze nie musieli harować na roli.
 
Komentarze (3)
Dieta Oczyszczająca

Są takie chwile w życiu każdej kobiety, kiedy czuje się ospała i bez energii, a nawet brudna (i nie mam tu na myśli, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało, kaca po imprezie). Są to momenty, w których pragniemy oczyszczenia, marzymy o zrzuceniu starej powłoki (porównanie z wężem niezamierzone), umęczeniu naszych starych demonów i powstaniu na nowo, niczym sfinks z popiołów.

 
Są momenty, kiedy zwyczajnie potrzebujemy diety oczyszczającej.
 
Na pomysł przeprowadzenia takowej diety na swoim własnym, skromnym ciele, wpadłam po raz pierwszy, ponad dwa lata temu. Było to zaraz jakoś po świętach; odwiedziła nas moja mama, a z nią domowe wypieki, klopsiki, karkówki, szyneczki, masa cukierków, delicji, pierniczków i innych niezwykle pysznych, a zarazem niezdrowych rarytasów. Konsumowaliśmy to wszystko radośnie i beztrosko, nie myśląc za bardzo o konsekwencjach, które oczywiście szybko nastąpiły. A były to (kolejność przypadkowa):
 
- ustawiczna ospałość, objawiająca się w najmniej pożądanych momentach
- zadyszka przy pokonaniu kilkunastu stopni schodów
- nowopowstałe, wędrujące po twarzy i szyi, plemiona pryszczyków i zaskórniaków, niemające nic wspólnego z okresem dojrzewania
- kompulsywne ataki głodu, pojawiające się najczęściej w godzinach nocnych, z motywem przewodnim „tabliczka czekolady”, „pieczone udko kurczaka”, a w wersji ekstremalnej - „co popadnie” (z wyjątkiem owoców i warzyw)
- jakaś dziwna depresja (szczególnie, gdy zaczęłam „wyrastać” ze swoich ubrań)
 
Jako że „drastic times call for drastic measures”, uznałam, że pora na katharsis o najwyższym stopniu trudności. Nie interesowały mnie dwu-trzy dniowe „detoxy”, po których wygłodniała, rzuciłabym się z powrotem na zawartość lodówki; pragnęłam przeżycia na miarę ascezy, czegoś, co by mnie nie tyle nawet oczyściło, co uzdrowiło (i przegoniło pryszczatych Wikingów z terenów moich policzków i czoła). „Przeguglowałam” Internet i znalazłam niepozorną, 10-dniową dietę oczyszczającą Mai Błaszczyk (do dziś nie wiem, kim jest owa pani), na którą po wielu namysłach „zdecydowałam się zdecydować”. Ostatniego dnia, zupełnie odwrotnie, niż zaleca autorka, (która proponuje na „dzień przed” lekkie posiłki i zieloną herbatę), wyżarłam wszystkie słodycze w domu i zapiłam je colą (ostateczne upodlenie ciała). Czułam się, jakbym szła na wojnę.
 
Uprzedzam z góry – dieta, o której mowa, nie jest dietą odchudzającą sensu stricte. Oczywiście, przy okazji gubi się kilogramy, ale to nie jest celem samym w sobie. Dlatego ci z was, którzy poszukują magicznej metody na zrzucenie tego czy owego, powinni szukać dalej. Ta dieta ma przede wszystkim za zadnie oczyścić organizm ze wszystkich toksyn, co się dobrze składa, bo w erze przesadnej konsumpcji mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego, wzmacniaczy smaku, barwników, i całej reszty e-dodatków, my, ludzie, jesteśmy podobno chodzącymi, toksycznymi bombami.
 
Pierwsze dwa dni wydają się łatwe i przyjemne, ale – jak się przekonałam - niestety tylko na papierze. Możemy konsumować wyłącznie trzy rodzaje owoców – arbuzy, jabłka lub winogrona i to nie „na raz”, ale jako oddzielne posiłki. Czyli przykładowo na śniadanko jabłka, a za dwie godziny winogrona - chodzi o to, by jest owoce oddzielnie, a w przypadku zmiany z jednego rodzaju na drugi, odczekać, co najmniej dwie godziny. Oczywiście dozwolona jest woda w nieograniczonych ilościach i herbatki ziołowe.
 
W przeciągu tych pierwszych 48 godzin, zrozumiałam jak cienka jest granica pomiędzy miłością a nienawiścią: po dwóch dniach - dniach ciągłego głodu, i marzeniach o choćby głupim gotowanym ziemniaku czy kawałku marchewki - nie mogłam patrzeć na swoje ukochane winogrona. Obrzydły mi kompletnie. W kwestii jabłek, to jedyne, na co miałam ochotę, to rzucać nimi o ściany (ewentualnie w autorkę diety). Miałam nawet momenty, gdy chciałam spróbować arbuza, którego od dzieciństwa pasjami nienawidzę.
 
Dzięki bogu, nadszedł w końcu dzień trzeci mojego detoxu, kiedy to mogłam pozwolić sobie na prawdziwe szaleństwo: teraz dozwolone są wszystkie owoce i warzywa (pod warunkiem, że są surowe, duszone gotowane lub grillowanie). Na początku mój stan był wręcz ekstatyczny, ale kiedy przełknęłam pierwsze marchewki, groszki i brokuły, odkryłam, że jedzenie surowych tudzież ugotowanych warzyw, bez dodatku soli, oleju czy czegokolwiek, co nadawałoby im dodatkowy smak, wcale nie jest takim rewelacyjnym menu. Mimo, że dieta o tym nie mówiła, dodawałam do potraw zioła i pieprz (uznając je za dozwolone, bo naturalne), aż w końcu zaczęłam lekko przemycać do jedzenia odrobinki soli. Muszę też dodać, że w moim wypadku zbawienne okazały się, (na co dzień zapomniane) nasiona słonecznika i dyni, które w okresie diety miały dla mnie smak najwykwintniejszego deseru.
 
I tak, całkiem ascetycznie, przetrwałam do końca detoxu. Wprawdzie w dzień dziewiąty do owoców i warzyw można dodać jogurt z musi, kefir a także grillowaną pierś z kurczaka lub rybę, ja jednak zrezygnowałam z tych propozycji i zakończyłam dietę jak na męczennika przystało - o warzywie i wodzie. Dnia dziesiątego mogłam być z siebie dumna. I naprawdę byłam.
 
Skutki diety:
 
- po 10 dniach jedzenia samych „darów natury, wersja hardcore”, doceniłam kromkę ciemnego chleba z masłem, ugotowane na twardo jajko, posolony i posłodzony sos pomidorowy
- przeszedł mi zupełnie apetyt na słodycze. Raz, że nie chciałam „brudzić” swojego świeżo oczyszczonego ciała, dwa, – naprawdę zupełnie nie miałam na nie ochoty. Bez słodkości obyłam się 2 miesiące.
- podobnie zresztą było z mięsem, którego nie jadłam potem przez 3 kolejne miesiące
- mogłam spać 5 godzin na dobę a i tak tryskałam energią
- pryszczaci Wikingowie odpłynęli na dobre z terenów mojej twarzy
- pobiłam swoje własne intelektualne rekordy, zdobywając najwyższe noty na wszystkich egzaminach, które musiałam zaliczyć w tamtym okresie
- i uwaga, uwaga – bez tego obyć się nie mogło – straciłam 3 kilogramy, a w okresie „po diecie” dodatkowe dwa.
 
Tak wyglądała moja pierwsza przygoda z dietą oczyszczającą. Wszystkie rezultaty detoxu zostały ostatecznie zniweczone latem tamtego roku, kiedy to wyjechaliśmy na wakacje do Rumunii i zaczęliśmy się objadać pysznym i niedrogim jedzeniem (a ja, do tego zapijałam posiłki piwem).
 
Na powrót diety mój organizm czekał dwa długie lata. Właśnie ukończyłam „detox numer dwa”, tym razem w towarzystwie mojego męża, (co miało dodatkowe skutki i to niekoniecznie pozytywne). Ale to już historia na inny wpis…
Komentarze (6)
O Obnażaniu się: Goły facet w pralni

 

To było kilka miesięcy temu. Wracałam właśnie z pracy, gdy przejeżdżając obok pralni, dostrzegłam sylwetkę w oknie. Wysoka, chuda, z twarzą skąpaną w cieniu stropu i ze spodniami wijacymi się złowieszczo wokół kostek. Zmroziło mnie momentalnie i chcąc się upewnić, że widzę to co widzę, aż bezwolnie zwolniłam. Nie mogłam dostrzec głowy, ale byłam pewna, że należące do niej oczy przygladają mi się z uśmiechem. Dziwnie zawstydzona i lekko przestraszona, przyspieszyłam (co było nie lada wyczynem, bo wjeżdżałam właśnie pod górkę) i próbując nie patrzeć na bezwstydnie obnażony penis, popędziłam w te pędy do domu.
 
Mąż się lekko uśmiał, ale stwierdził, że może od tej pory on będzie robił pranie. Ja – jak to kobieta – w domu odzyskałam jasność umysłu i odwagę, więc stwierdziłam, co następuje:
 
a)      eksibicjoniści nie są groźni, czerpią satysfakcję seksulaną z obnażania się i obserwowania reakcji osób postronnych; nie ma więc zagrożenia gwałtu
b)      może to był kawał
c)      może mi się przewidziało (ponownie lekki uśmiech męża, wszakże głodnemu chleb na myśli)
d)      może to był jednorazowy wybryk
 
Jak się kilka dni później okazało, podpunkt c) i d) odpadał, bo gołego faceta widziało więcej kobiet korzystajacych z pralni. Żadna nie skonfrontowała nagiego osobnika, wszystkie jak jeden mąż zwiewały gdzie pieprz rośnie. Na korzyść owego jegomościa, działał fakt zaskoczenia, gdyż po ochłonięciu, większość pań stwierdziła, że „trzeba było tam po prostu wejść i zwrócic mu uwagę/zignorować go/zawstydzić go/zrobić mu awanturę”. Tak przynajmniej mówiły, bo jedna z nich, natrafiła na ekshibicjonistę dwa razy i dwa razy uciekała.
 
Facet zniknął równie nagle, jak się pojawił. Nikt nigdy nie odkrył jego tożsamości, bo zawsze trafiały na niego niewiasty, które na widok obnażonego w miejsu publicznym penisa, przeprowadzały szybką „samo-ewakuację”.
 
Jakiś czas później, mój małżonek opowiedział o sprawie swojemu koledze. Było trochę śmiechu, a potem padło zdanie – TO ZDANIE – wypowiedź, która uświadomiła mi swoistą przepaść pomiędzy kobietami i mężczyznami. A brzmialo ono:
 
„Ach... szkoda, że to nie była baba...”
 
A no szkoda. Bo wtedy mogłabym chodzić do pralni bez strachu. Choć wątpię, że w takim obrocie sprawy, pranie byłoby nadal moim obowiązkiem. Mam niejasne przeczucie, że mąż przejąłby ode mnie ową domenę, odkrywając w sobie nową pasję do segregowania skarpet, kolorów i rzeczy białych oraz obsługiwania (zazwyczaj tak przecież skomplikowanej!) pralki. W moich dywagacjach pójdę o krok dalej – myślę wręcz, że każdy mężczyzna odkryłby w sobie tą „pralniczą” pasję, każdy z nich uznalby też zapewne za niezbędne prać codziennie i to dwa razy, a dodatkowo czytać w pralni gazety, rozwiązywać krzyżówki, a nawet spożywać posiłki. Już widzę oczyma wyobraźni, nowe oblicze pralni, przemienione w swoistego rodzaju Gentelmen’s Club, gdzie pomiędzy praniem koszul i skarpetek, panowie urządzają sobie partyjki pokera, popijaja piwo ze specjalnie zainstalowanej w pomieszceniu lodówki i czekają na swoją szansę.
Szansę obejrzenia „tej gołej baby”.
 
Dziwne prawda? Postaw w pralni gołego faceta, a wszystkie kobiety zaczną omijać miejsce jakby było skażone ebolą i prędzej wybiorą pranie swetrów w zlewie, niż przepierkę w cywilizowanych warunkach. Postaw w pralni gołą babę, a możesz być pewien, że miejsce stanie się oblegane przez mężczyzn, którzy będą tam chodzić z chociazby jedną parą majtek, i z nadzieją, że z brudnej piany wypływającej z pralki, wyłoni się naga Wenus.
 
To taka pierwsza podstawowa róznica między nami. To także powód, dla którego kobiety nigdy nie osiągną tzw. „pełnej wolności seksulanej”. Gdy panowie widzą kobiecą nagość, towarzyszy im wyłącznie podekscytowanie (oczywiście czasem przy akompaniamencie innych uczuć jak frustracja czy niemoc). Gdy świadkami nagości w miejscu publicznym są kobiety, w najlepszym wypadku poczują się zażenowane, a w najgorszym – przerażone.
 
Słyszałam, że marzeniem wielu mężczyzn, jest znalezienie się w zepsutej windzie w towarzystwie trzech nieznajomych kobiet. Słyszałam też, że koszmarem wielu kobiet, jest znalezienie się w zepsutej windzie, w towarzystwie trzech nieznajomych mężczyzn. Ile to razy, my kobiety, odwracamy się idąc wieczorem ulicą, z nieuzasadnionym niepokojem, bo słyszymy za sobą kroki mężczyzny? Ile to razy, przeklinamy się w myślach, że założyłyśmy za krótka spódnicę/za duży dekold/za obcisłą bluzkę i teraz ten dziwny facet/nasz szef/kolega męża, się tak głupio gapi? Ile to razy, czujemy się nieswojo, gdy w jakimś lokalu, mężczyzna pożera nas wrokiem, a my wiemy, że dziś do domu musimy wracać same?
 
Feminizm daje nam wyzwolenie, ale jest to wyzwolenie połowiczne. Bo tego strachu, często podświadomego, instynktownego, ale jakże naturalnego, prawdopodobnie nie pozbędziemy się nigdy.
 
I podejrzewam, że żaden mężczyzna, nie będzie nigdy w stanie do końca zrozumieć, na czym polega ciemna strona bycia kobietą.

........

Dla zainteresowanych: Na moim blogu recenzji książkowych pojawił sie właśnie nowy wpis: Między białym a czarnym - O zbrodni, karze i odkupieniu: Ptakon, Witold Horwath historiajednejksiazki.wordpress.com/ 

Komentarze (4)
Kocham Książki: Zawsze Zaglądaj na Ostatnią Stronę

W pracy jestem znana jako ”ta, co wiecznie czyta”. Ten niemal indiański pseudonim zdobyłam zasłużenie – podczas każdej przerwy na papierosa, lunch, a nawet podczas ćwiczeń przeciwpożarowych, nos mam zawsze wetknięty w książke. Nie wynika to tylko ze zwykłego faktu, iż kocham czytać, ale także (a może głównie) z braku czasu.

 
A czasu nie mam (chciałoby się rzec, jak każda kobieta). Studiuję, pracuję i jestem matką, czyli zakres moich lektur, teoretycznie zaczyna się na podręcznikach i artykułach do mojej pracy magisterskiej, a kończy na bajeczkach i wierszykach dla dzieci. Moje czytelnicze zainteresowania wychodzą jednak trochę poza przedstawione ramy, stąd moje wieczne zaczytanie w miejscu pracy (przez wielu postrzegane jako dziwne, a nawet lekko zalatujące jakąś obsesją). Jak mam dobry dzień, niezłą książkę i dłuższe przerwy, potrafię dojść do 80 stron dziennie. A gdy lektura jest naprawdę świetna, zdarza mi się nawet czytać pod biurkiem, tudzież „podejrzanie często korzystać z toalety” (w celach zupełnie innych od fizjologicznych - tzw. Czytanie Sedesowe).
 
Podczas lat, nieograniczonych sytuacją życiową, lat tak zwanych „dziewczęcych” a nastepnie ”wczesnokobiecych” odkryłam pierwszą prawdę dotycząca książek, a mianowicie ZAWSZE ZAGLĄDAJ NA OSTATNIĄ STRONĘ. Szczególnie, jeśli wypożyczyłeś książkę z biblioteki, wygrzebałes na strychu dziadków, lub nabyłeś ją w antykwariacie. Powód jest prosty: ostatniej strony może brakować, a to z kolei może mieć konsekwencje w postaci nerwicy na lata. Jeszcze jako dziecko, zawsze zagladałam na koniec powieści i czytałam ostatnie zdanie. Nie wiem skąd wzięła się u mnie taka maniera, ale kontemplowałam ją przez lata. Aż zaczęłam nadziewać się na skutki swojej własnej strategii, kiedy to:
 
- ostanie zdanie w książce było wypowiadane przez bohatera, który przez całą powieść „niby nie żył”
- w ostatnich słowach znajdowało się podsumowanie zagadki kryminalnej
- finalne wyznanie brzmiało „Kocham cię”, „Odchodzę”, „To nie jest twoje dziecko” bądź „Odwal się”, co skutecznie psuło mi suspens, misternie konstruowanej przez autora intrygii miłosnej.
 
Przestałam zaglądać na ostatnią stronę. Jak to z nawykami, na początku było ciężko i ten zwalczyć, ale udało się: byłam z siebie dumna i nareszcie pozwalałam się zaskoczyć autorowi kunsztownym, bądź też banalnym zakończeniem. Aż do pewnej Upalnej Nocy.
 
„W Upalną Noc” John’a Ball’a to taka moja literacka, czerwona płachata, na widok której zamieniam się we wściekłego byka. Wygrzebałam tą powieść, dwanaście lat temu, z biblioteczki mojej babci i pochłonęłam w przeciagu kilku godzin. I chociaż głównym wątkiem powieści był rasizm i prześladowania czarnoskórej ludności, był to także (niestety dla mnie) kryminał. Niestety - bo jak się okazało - książce brakowało 5 ostatnich stron, na których detektyw Tibbs miał wyjawić, kto był morderca.
 
Uprzedzę możliwe pytania: Po dwunastu latach, dalej nie wiem kto zabił. Zaraz po lekturze, przeszukałam biblioteki, księgarnie i regały znajomych – nie znalazłam drugiego egzemplarza. W desperacji, szukałam nawet tych brakujących kartek. Byłam o krok od zorganizowania seansu spirytystycznego, w celu kontaktu ze zmarłą babcią, która mogłaby rzucić nieco światła, na miejsce pobytu owych zaginionych stron. W końcu jednak dałam za wygraną. Emocje opadły, ale książkę przezornie zdjęłam z półki i schowałam, bo za każdym razem gdy patrzyłam na grzbiet „W upalną noc”, dostawałam tików nerwowych.
 
Co radzę: Zaglądać na ostatnią strone, ale nie czytać. Jest to dosyć trudne, ale w razie pokusy, skupiać się na rogach stron, albo mysleć o „Krzyżakach” (wtedy ponoć, przeciętnemu Polakowi, oczy automatycznie odmawiają posłuszeństwa i zamykają się na każdy tekst pisany). Jeśli mamy jakiekolwiek powody, by myśleć, że ostatnia strona naszego egzemplarza nie jest ostatnią stroną historii, dzieło wyrzucić. Bo jeżeli książka nie ma zakończenia, to nie jest już książką – jest perfidnym narzędziem tortur. Ewentualny z niej pożytek, to oddanie osobie, której nie darzymy specjalna sympatią.
 
A dla zainteresowanych: Miesiąc temu, kupując książkę w internetowym antykwariacie, przypomniałam sobie o „W Upalną Noc”.
4 złote plus 12 złotych kosztów przesyłki – tyle kosztowało mnie uśpienie wściekłego byka, który drzemał we mnie od 12 lat. Po lekturze, nie omieszkam zgłębić wątków tego dzieła (mam nawet powołany do takich celów specjalny blog, w którym recenzuję sobie różne utwory historiajednejksiazki.wordpress.com/  ). Książka, czeka na mnie w moim rodzinnym domu w Polsce i będę ją mogła przeczytać latem. Zapewne w jakąś upalną noc.
Komentarze (9)
Paradoks Wirusa HIV

 

Wirus HIV to paradoksalne zjawisko. Niby jest, wszędzie, w każdym zakamarku świata, ale wydaje się równocześnie zupełnie odrealniony. Panicznie się go boimy, na sam dzwięk skrótu HIV czy AIDS stają nam malutkie włoski na karku,ale przecież z drugiej strony, żadko ktoś z nas zna jakakolwiek osobę, która jest nosicielem.
 
Jest jednak chwila w życiu, kiedy HIV wydaje się bardziej realny, niż kryzys ekonomiczny, bezrobocie i fatalna kondycja służby zdrowia razem wzięte. Ta chwila, to czas czekania na wyniki badania.
 
Jakiś czas temu mój mąż dowiedział się, że stały partner jego znajomego z pracy jest nosicielem. Oficjalnie staliśmy się więc osobami, które znają TAKI PRZYPADEK. Nie z gazet, filmów czy publikacji naukowych, ale z prozaicznego, codziennego życia.
 
A więc jednak. Wirus istnieje.
 
I nie tylko w Afryce, czy w wyzwolonej seksulanie Kalifornii, nie tylko wśród narkomanów i prostytutek. Tutaj, na miesjcu, pośród rat za samochód, użądzania nowej kuchni, odwiedzin przyjaciół i planów na wakacje. Jest na wyciągnięcie ręki. Problem w tym, że tą ręke może ci odgryźć.
 
Znajomy męża był wierny. Nie zdradzał swego chłopaka, praktykowali bezpieczny seks. Nie ma sobie nic do zarzucenia. Niestety, do tanga trzeba dwojga. Jego partner twierdził, że zdradził go tylko raz i wtedy właśnie zaraził się wirusem. Był na tyle przyzwoity, że chociaz go poinformował, bo i tak z żalu i wstydu planował odejść.
 
Wszyscy pracujący z moim mężem popadli w lekką paranoje. Wprawdzie, znajomy miał dużo szczęścia, bo nie zaraził się wirusem, to jednak nie zmieniło faktu, że pojawiła się w ich głowach nowa świadomość: że Wirus istnieje. I że jest blisko.
 
Przebadał się chyba każdy. Na badanie zdecydowaliśmy się także i my.
 
To wręcz zabawne, ile sytuacji, w których „mogłam się zarazić”  podsuwał mi mój umysł. Cały tydzień (bo tyle czekaliśmy na wyniki) robiłam mentalne podsumowanie swojej egzystencji, swoisty rachunek sumienia, szukając ciemnych plamek w życiorysie, przez które mogłam nieopatrznie wpuścić wirusa. Teoretycznie takich dziór nie było, to jednak nie dawało mi żadnego ukojenia. Wprawdzie mogę być siebie pewna, ale nie mogę być pewna moich byłych partnerów, o czym ostatecznie przekonał mnie, przypadek znajomego mego męża. Idąc do łóżka z mężczyną, idę wszakże do łóżka z całą jego przeszłością i fakt, że nie mogłam dostać się do archiwum akt z tej przeszłości, dręczył mnie przez całe siedem dni.
 
O dziwo, tydzień minął bardzo szybko. Nie było odliczania godzin, gapienia się w ścianę, złych przeczuć i depresji. Mimo to, mój mąż miewał w nocy koszmary, a ja śpiewalam pod nosem, zapamiętaną z czasów licealnych piosenkę Kalibra 44 „Plus i Minus”. Dzwoniąc dziś rano do lekarza, czułam jak drży mi ręka. „Raz kozie śmierć” westchnęłam. Tyle, że w tym wypadu, ta śmierć mogłaby być moja.
 
Wyszedł nam minus. Jesteśmy zdrowi.

 

Komentarze (0)
Nieporęczne pudła, czyli o pułapkach feminizmu

Feminizm ma jedną podstawową wadę: sprawia, że postrzegamy świat wyłącznie poprzez pryzmat płci. Gwoli wyjasnienia –tak, płeć jest szalenie ważna i musimy o tym pamiętać, ale nie możmy dopuszczać do sytuacji, w której nieustannie stawiamy mężczyzn i kobiety po obu stronach barykady. W człowieku musimy widzieć przede wszystim człowieka, a dopiero potem dokładać do tego założenia, resztę elementów równania.

 
Wczoraj w pracy, mój dział przenosił się z pierwszego piętra na parter. Trzeba było załadować tony makulatury, segregatory, sprzęt komuterowy i wszystko znieśc na dół. W tym celu musieliśmy przynieść z piwnicy w miarę lekkie, ale kompletnie nieporęczne, drewniane skrznie, do których pakowalismy nasze „bogactwo”.
 
- Pomóc ci? – zapytał mój kolega, widząć mnie (metr sześdziesiąt w kapeluszu, siła pięciu mrówek) wykonującą cudaczny taniec z dwoma pustymi skrzyniami, które, postawiona jedna na drugą przewyższałyby mnie o dwie glowy. Cwałowałam z lewa na prawo, niczym pijany Quasimodo, próbując równocześnie: trzymac skrzynie w rezonie, nie uderzyć kantami siebie, tudzież osób postronnych i wyglądać godnie. Żadna z tych rzeczy jak na razie mi się nie udała, bo właśnie uderzyłam się po raz kolejny kantem w kolano.
 
„Pomóc ci?” – proste pytanie i miliony myśli, przeszywające mój umysł, niczym uformowany w szpikulec kalejdoskop wrażeń i emocji. To niesamowiete, ile impulsów jest w stanie przeszyć naszą świadomość, w przeciągu zaledwie sekundy. I jest chyba jakiś głębszy sens w medytacji, bo nieraz są to myśli zwyczajnie głupie.
 
A myśli miałam, co nastepuje:
„Jezu, w tym kraju jest pełne równouprawnienie... przynajmniej oficjalnie...czy to jest normalne, że on mi oferuje pomoc?”... „Cholera, to chyba nie jest normalne, nawet jak byłam w ciąży to mi nie ustępowano miejsca w autobusie”... „Jego żona jest z Europy Wschodniej, może to przez nia?...to znaczy, on wie przecież, że ja jestem z Polski... może myśli, że tym ze Wschodu trzeba pomagać, czy co?” ... „Co ja mam odpowiedzieć, w sumie to nie potrzebuje pomocy, ale...” ... „Czy ja go kiedyś widziałam proponującego komus pomnc?... czy to może jakiś sprawdzian, w sensie co odpowiem?... Jeśli powiem TAK, to udowodnię, że kobiety nie mogą sobie poradzic nawet z pustymi drewnianymi skrzyniami... więc po co się pchają do równouprawnienia...że niby jesteśmy słabe i nic nie potrafimy bez pomocy mężczyzny.... czy jakoś tak...przynajmniej tak piszą na polskich forach internetowych... a jak powiem NIE to wyjdę na dumną pindę, która chce wszystkim wokół udowaodnić, że potrafi sobie poradzić bez pomocy faceta... mimo, że wyglada żałośnie z tymi durnymi skrzyniami... cholera...aaa.. trzeba mu odpowiedzieć...”
 
-Nie, dziękuję
 
- OK - uśmiechnął się lekko, wzruszył ramionami i poszedł dalej. Mogłabym bawiać się w Sherlock’a i próbować rozgryźć tą niezwykle oszczędną mimikę twarzy, minimalistyczne drgania mięsni, które mogły, a przecież nie musiały, podświadomie indykować, że jestem „durną babą”, tudzież „dumną suką”. Mogłabym analizować barwę jego głosu, rozkład akcentu w OK - bo jeśli na „O” to może „O...jaka hojraczka”, a jeśli na „Kej” to może, że Krejzi, bo to wystarczająco bliskie skojarzenie – rozpytywać wśród innych pań w biurze, węszyć, dedukować, powróżyć trochę z fusów (najpierw zdobć fusy), a może jeszcze... I wtedy, dokładnie 10 metrów za mną, usłyszałam znane mi już pytanie, tą diaboliczna, mącącą spokój duszy zaczepkę:
 
- Pomóc Ci?
 
„- Co odpowiesz kobieto?” – rzekłam w myślach z namaszczeniem, i wierzcie mi, chyba tylko Hamlet dorównałby mi w dramaturgii pytań, choć moja wydawała się trochę jakby z przeceny.
 
- Jasne, dzięki – odpowiedział głos i był to głos... no właśnie, męski.
 
Odwróciłam się i zobaczyłam ich - jeden właśnie przejmował od drugiego drewnianą skrzynię - po czym obaj ruszyli w moim kierunku, minęli mnie z uśmiechem i pocwałowali ku schodom niczym romantyczni kowboje, Lucky Luck i jakiś jego nowo zapoznany kumpel – szczęśliwi i solidarni. A ja, lekko zdziwiona i jakby nawet rozczarowana, poczłapałam na górę, nadal w stylu Quasi Modo, ale tym razem w wersji „dumnej”, głównie po to, by zamaskować swój wstyd.
 
No bo właśnie uderzyło mnie, walnęło wręcz z łoskotem, że pytanie, które zadał mi kolega, nie miało żadnego innego podtekstu, poza tym jednym, najbardziej oczywistym, a tak często negowanym – ludzkim. Widział, że jest mi niewygodnie, więc zapytał; nie dlatego, że jestem kobietą, ale dlatego, że jestem człowiekiem, który, być może potrzebuje pomocy.
 
Na czym skorzystał Lars z Research and Development.
 
Na marginiesie: Gdyby to kobieta zaoferowała mi pomoc, także bym odmówiła. Z natury staram się radzić sobie sama, nazwijcie to dumą, czy czym wolicie, ale ja już tak mam. Tyle, że w przypadku kobiety, odpowiedź byłaby naturalna, zgodna z moim charakterem. W przypadku mężczyzny... no cóż, trzeba było sobie skonstruować teorię konspiracji...

Komentarze (2)
O nawracaniu na parytety (nieudanym niestety)

Wychodzę z założenia, że człowieka można do wszystkie przekonać. Należy tylko użyć odpowiednich argumentów. Sama postrzegam siebie jako osobę, która ma w miarę otwarty umysł i jest w stanie rozważyć i zaakceptować pewne poglądy czy też teorie, pod warunkiem, że zostaną one rzeczowo przedstawione (oczywiście jest to tylko moja subiektywna opinia na temat mnie samej, z którą nie każdy musi się zgadzać, ale nic nie poradzę, że lubie o sobie tak myśleć). Dlatego też, z dużym zaciekawieniem zasiadłam do programu emisji „Warto Rozmawiać”, w którym to cztery panie miały dyskutować na gorący temat ostatnich dni - parytetów.

 
O parytetach już zdażyło mi się tutaj pisać  unamotana.blog.iwoman.pl/wpis,jesli;nie;parytet;to;co;,26721.html  , kto czytał, ten wie, że jestem za a nawet przeciw. Czyli: jestem za zwiększeniem liczby kobiet w polityce, ale jestem przeciwna konkretnemu rozwiązaniu jakim są parytety. Jak już wspomniałam wcześniej, są argumenty w kwestii parytetów, które niejako mnie przekonują, jednakże moje intuicyjne postrzeganie tej kwestii i światopogląd który jest mi bliski, sprawiają, że mimo wszystko jestem „na nie”. Decydując się na obejrzenie „Warto Rozmawiać”, pomyślałam, że otworzę się jeszcze raz na temat i posłucham, jak kwiat polskiej, kobiecej polityki spróbuje mnie do zmiany zdania przekonać.
 
Po pierwsze, okazało się, że kwiat jest zwiędły. Wyblakły, pospolity i do tego ma więcej ma kolców niz płatków. Mamy więc panią Wandę Nowicką (Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny), odznaczoną mnóstwem nagród i wyróżnień za swoja pracę na rzecz równouprawnienia kobiet, panią, która równocześnie stara się od dwóch dekad zostać i posłanką i senatorką i niestety nie była do tej pory w stanie osiągnąć żadnego z wymienionych celów. Pani Nowicka startowała również w wyborach na prezydenta Warszawy, gdzie zajęła 8 miejsce, z wynikiem 0,28% (tu chciałabym tylko przypomnieć, że wybory te wygrała inna kobieta – Hanna Gronkiewicz -Waltz). Pani Wanda, polityk niespełniony, ma odrobine irytującą manierę nad-używania słowa „społeczeństwo”. Społeczństwo chce... społeczństwo pragnie.. społeczeństwo oczekuje... i tak w kółko, widac, że Pani Nowicka jest specem od społeczeństwa polskiego. Wprawdzie nie mówi, że społeczństwo jest za parytetami, ale insynuuje to, wypowiadanymi przez siebie kwestiami, wprawiając mnie w stan lekkiego zafrapowania. Otóż ja też jestem społeczeństwo (jakaś tam jego milionowa część, ale zawsze), i ja nie chcę tego, co pani Wanda implikuje, że chcę. Wiem, że jest sporo innych kobiet (a już na pewno mężczyzn), które też nie chcą tego co chce Pani Wanda, dwie nawet siedzą obok niej (to te uczestniczki dyskusji, które są przeciw parytetom), a reszta gdzieś wśród publiczności. Zaczęłam się trochę irytować wypowiedziami Pani Nowickiej, bo nie znoszę tej taktyki zawłaszczania sobie woli „społeczeństwa” i prezentowania jej w celu poparcia swoich własnych poglądów.
 
Razem z Panią Wandą, po pro-parytetowej stronie barykady stoi Pani Małgorzata Tkacz –Janik, także polityk niespełniony (bo mimo prób, także nie wybrany na posłankę). Pani Małgorzata wiecznie się uśmiecha: raz jest to uśmiech Mona Lizy, innym razem uśmiech „zagryzłam cytrynę, zapomnialam o Tequilli”, a jeszcze innym, uśmiech zniecierpliwionej kobiety, która stoi na końcu gigantycznej kolejki do kasy. Żaden z usmiechów mnie nie przekonuje. Pani Małgorzata mówi dużo, ale nie słyszę od niej najważniejszego: dlaczego akurat parytety są dobrym rozwiązaniem w kwestii zwiększenia ilości kobiet w polityce. Próbuje rzucać przykładami z innych krajów europejskiech, gdzie wprowadzono parytety, ale zapomina dodać, że największy udział europejek w polityce, występuje w państwach w którcyh parytyeów nigdy nie wprowadzono (Szwecja i Finlandia). Jest to oczywiście bardzo wygodne, gdyż nie musi zmagać sie z pytaniem, co takiego zrobiono w tych krajach, że kobiety same zdecydowały się kandydować, a także same zdecydowały sie głosować na inne panie. Przy okazji dyskusji, Pani Małgorzata przyznaje też, że cała ”parytetowa akcja”, uwieńczona sielskim spotkaniem z Marszałekim Komorowskim, była poprzedzona ogromną akcją lobbingowa. Niestety nie wygląda to na lobbing społeczny, ale na lobbing polityczny i medialny. Dodatkowo, większość pań zebrana w Kongresie Kobiet, wywodzi się ze środowiska lewicowego, co w konsekwencji sprawia wrażenie, że o „sprawę” walczą niewiasty z jednej frakcji politycznej.
 
Dygresja: Podczas programu odczytane zostają też inne priorytety Kongresu Kobiet - tu zaciekawiła mnie np. kwestia zmian w edukacji. Słucham, słucham i uszom nie wierze. Priorytetem jest zmiana podręczników szkolnych, gdyż obecne „są pełne stereotypów” i „propagują złe wzorce”. Ok, zgodzę się, podręczniki to jest jakaś kwestia do rozpatrzenia, ale w żadnym wypadku najważniejsza. Moim zdaniem, w dziedzinie edukacji najważniejsze tematy to: kwalifikacje nauczycieli, jakość nauczania, bezpieczeństwo w szkole i realne przeciwdziałanie mobbingowi. Innymi słowy, najbardziej intersuje mnie to, by dzieci były uczone w sposób kreatywny i efektywny, czuły się w szkole komfortowo, były w stanie rozwijać swoje zdolności i przede wszystkim - by były chronione, gdy dzieje im się krzywda.
 
No ale wrócmy jeszcze na chwilę do „Warto Rozmawiać”. Gdy już przekonałam się, że z misij nawracania mnie na parytety, wyszły przysłowiowe „nici”, dobiła mnie nieodwracalnie Pani Wanda – Społeczeństwo – Nowicka. Jakiś moment przed strzałem Pani Nowickiej, swój sprzeciw w sprawie parytetów objaśniała Pani Barbara Fedyszka-Radziejowska (socjolog), która mimo, iż zachowywała się z lekka nerwowo, to mówiła naprawdę do rzeczy. Pani Barbara, powiedziała, iż listy wyborcze konstruowane są w sposób niemerytoryczny, czyli zamiast opierać dobór na kompetencjach i kwalifikacjach kandydatów, partie kierują się innymi kryteriami (np. rozgłos medialny wokól danej osoby). Dodanie płci jako jeszcze jednego kryterium, sprawi, że de facto zostanie usankcjonowany kolejny niemerytoryczny wymóg. Z tym się zgadzam akurat w 100% - bo co, jeśli jest więcej niż połowa kompetentnych kobiet, albo więcej niż połowa kompetentnych mężczyzn? Lista i tak zostanie sztucznie „wypchana”, tak aby było po 50% (z takim problemem spotkała się np. Szwecja, która wprowadziła parytety - nie w polityce, ale w szkolnictwie wyższym. Inicjatywa zakończyła się porażką, gdyż studentki (kierunek: psychologia) z lepszymi wynikami, były odrzucane na rzecz gorzej uczących się mężczyzn, tylko dlatego, iż swoja ilością przekraczały ustawowe 50%). Pani Fedyszka-Radziejowska wypowiedziała swoją opinię w sposób bardzo klarowny i rzeczowy - niestety chyba nie dla wszystkich, a na pewno nie dla Pani Nowickiej, która po jakimś czasie wypaliła z kontrą, uwłaczającą inteligencji (nie wiem tylko czy swojej, czy innych widzów). Mianowicie, odwołując się do wcześniejszych słów Pani Barbary, powiedziała, że socjolog stwierdziła, iż parytety są złym rozwiązaniem, gdyż więcej niekompetentnych kobiet dostanie sie do sejmu, a co za tym idzie – że kobiety są ogólnie niekompetentne i nie nadaja się do polityki (nie cytuję dokładnie, ale sens wypowiedzi był właśnie taki). Socjolog nie zdołała nawet sprostować wywodów Pani Nowickiej, być może nie było już czasu antenowego, a może po prostu kobieta zrezygnowała (suma sumarum, wyglądała pod koniec na rzeczywiście zrezygnowaną).
 
Powiało polską retoryką polityczną – przekręcić, zniekształcić, a potem wepchnąć komuś w usta. I szczerze, to nie wiem, czy Pani Nowicka ma kłopoty z interpretacja słowa słuchanego, czy może po prostu tym zabiegiem umyślnie próbowała „pogrążyć” panią socjolog. Tak czy inaczej, jak już wcześniej napisałam, uwłoczyła czyjejś inteligencji – albo swojej, pokazując, że ma problem ze zrozumieniem prostej wypowiedzi, albo mojej – myśląc, że swoją tanią retoryką przekona mnie (i resztę widzów), iż ktoś powiedział coś, czego nie powiedział.
 
Obserwując Panie Nowicką i Tkacz –Janik, doszlam do wniosku, że nie ma praktycznie żadnej różnicy pomiędzy nimi, a większością męskich polityków. Podobny sposób prowadzenia rozmowy, odwracanie kota ogonem, przekręcanie wypowiedzi i używanie „woli społeczeństwa” jak argumentu ... dla mnie jest autentycznie bez różnicy, czy to te panie będą siedzialy w ławach sejmowych, czy jacyś panowie. To jest jedno i to samo.
 
P.S: W czasie programu prowadzona była sonda, podczas której ludzie, dzięki wysłaniu sms’a mogli się opowiedzieć „za lub przeciw” parytetom. Tylko 13% uczestników było za parytetami, co nieprzyjemnie zgrzytało z tym co „społeczeństwo chce” według Pani Nowickiej.
 
 
Komentarze (7)
Feministyczne filmy, które Cię zaskoczą, Część 1

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze nosiłam godne, acz na wyrost przyznane miano dziennikarza obywatelskiego, rozpoczęłam cykl o najważniejszych filmach feministycznych w historii kina. Z przyczyn po części ode mnie zależnych a po część nie, napisalam tylko pierwszą część z planowanej serii. Ostatnio postanowiłam podjąć się kontynuowania mojego „dzieła” na tym oto blogu, co doprowadziło w rezultacie do poniższego (czyli zapoznania Was z pierwszą częścią cyklu).

 
To nie będzie cykl o „Seksie w wielkim mieście”, „Stalowych Magnoliach” czy innych romantycznie wyemancypowanych obrazach, skierowanych głównie do kobiet. Bo tak naprawdę, najważniejsze feministyczne filmy w historii kina, to mocne kino zrobione z "jajem".
 
Tak więc moi drodzy, nie znajdziecie tu rozważań o filmach gdzie kobiety budują między sobą więź grubą jak kabel, szlochając przy tym nieprzerwanie. I nie o tych, gdzie mszczą się na swoich niewiernych kochankach, przy pomocy „seks-appealu” czy też perfidnego podstępu. To nie miejsce na dyskusję o Bridget – esencji kobiecości – Jones, Carrie – głosie pokolenia – Bradshaw, tudzież G. I. – być jak facet – Jane. Wymienione panie, prezentują wprawdzie swoim zachowaniem, niektóre, nawet bardzo typowe dla kobiet cechy, jednakże u mężczyzn, ta ich „kobiecość” często wywołuje jedynie uśmiech politowania. Walcząca z cellulitisem i nadwagą Bridget, posiadająca 100 par luksusowych butów Carrrie, czy goląca z determinacją głowę Jordan O’Neil, tak naprawdę dokładają tylko kolejne cegiełki do muru, wzniesionego pomiędzy tradycyjnie rozumianą męskością i kobiecością. Niestety, takie filmy, mające być w założeniu „kobiecym głosem”, utrwalają w widzach stereotypy, zrównując często życiowe aspiracje bohaterek do zakupów, mężczyzny, utraty wagi lub po prostu chęci „dokopania” facetom.
 
Raz na dekadę, zdarzają się jednak obrazy, które wykonują niezłą robotę w kwestii zmiany ideologicznego postrzegania płci. Są to filmy, które w subtelny sposób eksponują w zachowaniu kobiety atrybuty takie jak: odwaga, poczucie sprawiedliwości, waleczność i determinacja, nie obdzierając przy tym tej właśnie kobiety z... kobiecości. A co najważniejsze – największymi fanami wspomnianych filmów, są bardzo często sami mężczyźni.
 
A więc jakie filmy spełniły tę wiekopomną rolę? Dziś zaczynamy od klasyka gatunku science – fiction.
 
Heroina kontra Mamuśka: Obcy
 
Tytuł: „Obcy” i „Obcy II”
Rok produkcji: 1979 i 1986
Scenariusz: Dan O’Bannon, Ronald Shusett
Reżyseria: Ridley Scott/ James Cameron
Feministyczne akcenty:
Protagonistka Ripley
Metoda ataku obcego jako analogia gwałtu.
Krwawy poród w męskim wydaniu.
Wyraźna seksualność Obcego.
Lekceważenie „kobiecego głosu” w męskim świecie i sromotna za to kara.
Czarny charakter sequel’u :
- Obcy vel. krwiożercza, kosmiczna mamuśka.
 
Obcy I
 
Kultowa seria o Obcym drapieżcy, która rozpoczyna się brutalną próbą przejęcia władzy nad załogą kosmicznego statku „Nostromo”, znana jest wszystkim kinomaniakom. Nie każdy jednak zwraca uwagę na jeden fakt, który czyni ten film tak wyjątkowym w swoim gatunku. Fakt, że głównym protagonistą obrazu - walecznym, zdeterminowany i przede wszystkim pokonującym potwora – jest kobieta.
 
Ach ta Ripley... burza loków, błysk w oku i nogi „do szyi”. „Eee...naprawdę?” – chciałoby się powiedzieć, przypominając sobie sekwencje z filmu, gdzie sierżant Ripley, umazana w krwi i pocie, zmaga się z przyprawiającymi o dreszcz obrzydzenia potworami. Bo mimo, iż Sigourney Weaver, która odtwarzała postać bohaterki, jest kobietą atrakcyjną, jej seksualność nie rzuca się w filmie w oczy. Wielu widzów nie rejestruje nawet samego faktu płci Ripley.
 
Dlaczego tak sie dzieje? Pisząc scenariusz do pierwszej części filmu, autorzy skupiali się przede wszystkim na Obcych, akcji i budowaniu napięcia. Załoga „Nostromo” była kwestią drugorzędną. Dlatego też, tworząc postacie, nie przypisali im czynnika, tak często determinującego cały przekaz filmu – płci. Cała siódemka głównych bohaterów, została powołana do życia jako „unisexsy” i dopiero podczas pierwszych prac nad „Obcym” zaczęto powoli decydować, kto odegra poszczególne role. Ten właśnie zabieg sprawił, że Ripley nie jest typową (na tamte czasy) kobiecą postacią – jej rola nie polega na przyozdabianiu obrazu, odegraniu sceny łóżkowej, krzyczeniu, płakaniu czy innych typowych funkcjach przypisywanych paniom w filmach akcji, tudzież horrorach. Rola ta, nie została skażona „czynnikiem płciowym”, lubującym się w powielaniu stereotypów w kwestii tego, co kobieta ma w filmie robić. Ripley nie została stworzona jako kobieta. Ripley została stworzona jako człowiek.
 
Dodać tu jednak należy, że twórcy nie mieli bynajmniej na celu utworzenia obrazu o podtekście feministycznym. Zdecydowali się na głównego bohatera w wydaniu kobiecym, z czysto wykalkulowanych pobudek – uważali, że to odróżni film od całej masy powstających w tamtym okresie obrazów science-fiction. Czy to właśnie ten fakt sprawił, że „Obcy” okazał się takim hitem, a dziś jest uważany za klasyk gatunku? Ciężko to jednoznacznie stwierdzić, jednakże Ripley sama w sobie stała się postacią kultową.
 
Na samej Ripley nawiązania do seksualności się jednak nie kończą. Co ciekawe, powstało nawet szereg prac naukowych dotyczących dzieła Scott’a i jego ukrytych znaczeń. Socjologowie, psychologowie i seksuolodzy doszukali się w filmie wielu interesujących metafor, które miałyby symbolizować różnego rodzaju męskie i kobiece lęki.
 
Przykładowo, sposób w jaki Obcy atakuje swoja ofiarę, został porównany do gwałtu. Tutaj - gwałtu męskiego. Podczas eksplorowania planetoidy, z której załoga odebrała sygnał SOS, sierżant Kane zostaje zaatakowany przez dziwną formę życia, która po wykluciu się z jaja, przysysa się do jego twarzy. Obcego nie można w żaden sposób zdjąć z twarzy mężczyzny, gdyż jakiekolwiek nacięcie „facehugger’a” (w polskiej wersji nazywanego pajęczakiem) jest niemożliwe, z racji iż jego krew jest żrącym kwasem. Przez długi okres, załoga, nie mając wyjścia, jest mimowolnym świadkiem osobliwego „gwałtu” na sierżancie Kane.
 
Gdy po pewnym czasie, Obcy samoistnie uwalnia Kane’a z morderczego uścisku, wszystko wydaje się wracać do normy. Pajęczak umiera, a ofiara czuje się podejrzliwie dobrze. „Sielanka” zostaje jednak szybko przerwana, a Ridley Scott serwuje nam jedną z najbardziej przerażających scen w historii horroru. Jest to scena „porodu” obcego, który dosłownie rozrywa od wewnątrz klatkę piersiową sierżanta Kane’a i wykluwa się z jego wnętrzności. W ten oto sposób, według David’a McIntee (autora książki „Piękne Potwory” analizującej m.in. "Obcego"), film gra na męskim strachu i nierozumieniu ciąży i procesu narodzin. Od męskiego „gwałtu”, poprzez nietypowe zapłodnienie, do krwawego, morderczego w skutkach „porodu”, Scott stawia mężczyzn „po drugiej stronie lustra”, w świecie zupełnie dla nich niezrozumiałym, często przez nich lekceważonym, a równocześnie przerażającym.
 
Sporo też uwag poczyniono na temat samego wyglądu potwora. Lina Badley, która zajmuje się analizą kultury masowej, stwierdziła, iż jego wygląd ma nie tylko silne freudowskie seksualne podteksty i często odwołuje się do fallicznych symboli (vide scena porodu), ale także równocześnie zaskakuje swoją wyraźną kobiecością. „Obcy” jest smukły i zwinny, różniąc się przez to znamiennie, od typowych w tamtych czasach potworów spotykanych w horrorach. Androgyniczny image potwora, przerwał ekranową hegemonię powolnych, barczystych i „kwadratowych” niszczycieli (vide Michael Myers z „Halloween” czy Jason Voorhees z „Piątku trzynastego”), pokazując, iż nie tyle ważna jest „masa ciała”, co zwinność, szybkość i inteligencja (której, wymienionym w poprzednim nawiasie panom, niestety trzeba odmówić).
 
Obcy II
 
Druga część serii jest już trochę inna – zarówno klimatycznie (nie jest to już typowy horror science-fiction, ale raczej film akcji) jak i pod względem bohaterów. Feministyczne nuty są tu jednak nadal bardzo wyraźne, pomimo akcentu przeniesionego na inne kwestie niż w części pierwszej.
 
Film rozpoczyna się w momencie odnalezienia kapsuły, z dryfująca w przestrzeni kosmicznej przez 57 lat Ripley. Wątek "szklanej trumny” i świetnie „zachowanej” w niej bohaterki, został przez kilku uczonych porównany do wizerunku świętej relikwii. Sierżant zostaje przetransportowana do siedziby swojego pracodawcy, gdzie musi tłumaczyć się m.in. z faktu wysadzenia gigantycznego statku „Nostromo” i śmierci swoich współtowarzyszy. Nikt nie daje wiary jej opowieści o obcym i wydarzeniach sprzed 57 lat, a licencja pilota zostaje jej odebrana. To tylko pierwszy, z niekończących się epizodów, w których Ripley jest ignorowana, a jej opowieść dyskredytowana. Ten wątek ma być analogią do bagatelizowania kobiecego głosów w społeczeństwach zdominowanych przez mężczyzn. Głosu, który jak się okazuje na przykładzie filmu, jest bardzo istotny.
 
Sequel to także miejsce narodzenia prawdziwej, ostatecznej nemezis sierżant Ripley - matki obcych, której głównym zajęciem jest spektakularna produkcja jajeczek i skuteczna kontrola swojej krwiożerczej dziatwy. Okazuje się, że to właśnie ona jest „mózgiem operacji” i to z nią Ripley toczy ostateczny pojedynek. Matriarchalny model społeczności, często rozpowszechniony w naturze (vide mrówki czy pszczoły), nie budził nigdy wcześniej zainteresowania wśród filmowców. Matka jako główny antagonista to także jeden z wyjątków kina akcji – negatywni bohaterowie są z reguły mężczyznami.
 
Dodatkowo, postać Ripley ulega znamiennej ewolucji – pomimo iż włosy Ripley zostały skrócone, co dodaje jej pewnego rodzaju fizycznej męskości. Cameron, reżyser drugiej części, podkreślił jej seksualność w inny sposób. Tutaj ewidentnym akcentem kobiecości bohaterki jest przywiązanie do Newt, ocalonej z rzezi dziewczynki, którą kobieta obdarza matczynopodobnym uczuciem. Gdy dziecko zostaje porwane przez jednego z obcych, Ripley jako jedyna, wraca do gniazda matki potworów, by odbić z jej rąk (macek) dziewczynkę. Nawet oficjalny plakat kinowy, promujący drugą część filmu, przedstawia Ripley z karabinem przewieszonym przez jedno ramię i Newt, „przewieszoną” przez drugie. Nieodparcie kojarzy się to z obrazem „walczącej matki”, której największym priorytetem jest obrona dziecka (ludzkości).
 
Priorytety to także interesujący wątek obcego. Kiedy Ripley na pierwszym miejscu stawia ochronę ludzi przed drapieżnikami, jeden z męskich bohaterów filmu, reprezentant firmy, która zatrudniała kobietę w pierwszej części, Carter Burke, za główny cel obiera sobie pojmanie i przebadanie przedstawiciela gatunku obcych. Oczywiście swój plan utrzymuje w sekrecie, a konsekwencja wprowadzenia go w życie, to utrata prawie całego oddziału Colonial Marines. Szaleńczy pęd Burke’a i jego korporacji ku postępowi technologicznemu „za wszelką cenę” (badania nad obcymi miały się przyczynić do wynalezienia nowej broni biologicznej), często uważanemu za jedną z największych wartości nowoczesnego świata, jest tutaj skonfrontowany ze „zdroworozsądkowym” kobiecym podejściem. Podejściem, które ceni życie i bezpieczeństwo wyżej niż techniczny rozwój.
 
„Obcy” to nie tylko świetne kino z masą efektów specjalnych i ciekawym scenariuszem. To także przedstawienie kobiety i jej światopoglądu z zupełnie innej strony, która – niespodziewanie dla wielu – wydawać sie może bardziej racjonalna i logiczna, niż można by przypuszczać. Trudno stwierdzić, czy ten rezultat był zamierzony przez reżyserów, ale coś być w tym musi, gdyż są oni twórcami dwóch pozostałych najbardziej feministycznych filmów w historii kina, które zaprezentuję wam już wkrótce.
 
A teraz zapraszam Was do ponownego obejrzenia „Obcych”. Z nową perspektywą w tle.

Blogbox

88f15055172535de3e8d6d3af5cd016a

Komentarze (7)
1 | 2 |